Tropem Herberta [10]: Powrót '81

obraz.png

W ramach cyklu "Herbert od poczęcia do naturalnej śmierci" podzieliliśmy życie poety na cztery części: młodość we Lwowie, wojnę i stalinizm, okres podróży oraz okres "Herberta obywatela". Ten ostatni obejmuje czas III RP, choć preludium do niego stanowi rok 1980, kiedy to poeta postanawia przerwać swój pobyt zagranicą i wrócić do kraju.

Oczywiście podział ten ma też swoje mankamenty, może bowiem sugerować, że Zbigniew Herbert nigdy wcześniej nie wykazywał obywatelskiej postawy, co oczywiście jest niezgodne z prawdą. Owszem, był na wewnętrznym wygnaniu, ale zawsze sprawa polska była mu bliska. Może nawet najbliższa.

Badając ten trop trafiłem na wywiad przeprowadzony przez Marka Oramusa na początku kwietnia 1981 roku. I już na samym początku - pierwsza zagwozdka. Padają bowiem słowa: "Wyjechał pan z Polski w 1976 roku, wrócił w 1980. Te daty zdążyły już wejść do historii." Tymczasem Internet podaje, że Herbert wrócił w 1981. Ten jednak (jak to miał w zwyczaju) w ogóle nie prostuje tej informacji.

Jako, że pożyczyłem wszystkie biografie, to odpowiedzi postanowiłem poszukać w korespondencji. I tak oto trafiłem na kartkę pocztową wysłaną z Warszawy 14 stycznia 1981 roku do Julii i Artura Międzyrzeckich:

JUŻ WKRÓTCE!

OTWORZY
znów swoje podwoje słynna
Szkoła TAŃCA
ZBIGNIEWA HERBERTA
/uczeń Mistrza Sobieszewskiego/

SPECJALNOŚĆ:
KOŁOWANIE PRAPOLSKI
OBER
SZARPANY
HUZIA
MAZUREK Z MORDOBICIEM
CYMBERGAJ

tudzież bogata gama
PRZYTUPÓW

SZKOŁA świadczy usługi dla LUDNOŚCI!!!

Można więc domniemywać, że Herbert wrócił do Polski w pierwszej połowie stycznia 1981 roku i był tym faktem wyjątkowo ukontentowany, tak że od razu wysłał swoim przyjaciołom kartkę. Motywacje powrotu opisał we wspomnianym wywiadzie:

Miałem zamiar zostać za granicą jeszcze rok, bo tak się układały moje plany literackie, ale nie bardzo mogłem wytrzymać ciśnienia informacji, pseudoinformacji, spekulacji na temat wydarzeń w Polsce. Wydaje mi się, że wszystkie niebezpieczeństwa, jeżeli człowiek stanie z nimi oko w oko, są mniejsze niż te wyobrażone. Sześćset czy tysiące kilometrów od Warszawy sprawy polskie - zawsze dla mnie istotne, ważne, najważniejsze - urastały do upiornych wymiarów. W przestrzeni emocjonalnej wbrew prawom geometrii dystans wyolbrzymia.

Herbert więc wraca. Nie jest to jednak powrót taki, jakiego można by się spodziewać. Sam Oramus zauważa: "Czy ma pan świadomość, że w Polsce jest pan w zasadzie nieobecny? Odwiedziłem bibliotekę publiczną - nie znalazłem pana książek. Od dawna nic się nie pokazało w księgarniach; teatry nie grają pańskich sztuk. Za granicą, gdzie wydaje się pan dużo, cieszy się pan większą popularnością niż w rodzinnym kraju."

Herbert jednak nie tylko zdaje sobie z tego sprawę, ale uważa to za swój świadomy wybór.

Moją zasadą jest: nie dać się strącić do roli ofiary nigdy, pod żadnym pozorem. W pewnych okresach władza miała chyba do mnie pretensje o to, że podpisywałem listy otwarte, apele w sprawach niedotyczących literatury, ale życia społecznego, konkretnych krzywd; ja uważałem, że skoro się na taki akt decyduję, to muszę ponieść odpowiedzialność. Gdybym podpisywał, a potem miał pretensje, że mnie nie wydają, byłoby to dwuznaczne. Istnieje monopol kultury, ja się monopoliście naraziłem, więc przestał mnie wydawać, a na Zachodzie mnie wydawali.

Nie mam do siebie pretensji, nie mam pretensji do bardzo drażliwych władców. Język polityki i literatury są zupełnie odmienne, mentalności są tak diametralnie różne. Ich obchodzą dalekosiężne cele, układy personalne, gangsterskie gierki, mnie los człowieka. To, co mnie służy, nie służy politykom, co służy politykom, dla mnie jest niestrawne. Mowa jest zupełnie inna - ja starałem się używać trybu warunkowego, waham się, apeluję do sumienia... Nie lubię rozkazów, wykrzykników, czarno-białych podziałów. Nie lubię.

We wspomnianym wywiadzie w pewnym momencie pojawia się pytanie: "Woli pan grzebać się w przeszłości, niż dotykać teraźniejszości?" Herbert odpowiada:

Nieprawda, nie jestem pięknoduchem, który ucieka od rzeczywistości. Pisałem parę rzeczy tak zwanych interwencyjnych; może mi nie wyszły najlepiej. Lalek wziął się ze sprawy całkiem konkretnej, na prośbę matki ofiary zacząłem nawet wysyłać listy do "Trybuny Ludu", chodziłem do ministerstw, mówiłem, że chłopca zabili bezkarnie - nic z tego nie wynikło. Mama uważała, że "leterat" z Warszawy wszystko potrafi załatwić. Z poczucia krzywdy, niesprawiedliwości i własnej niemocy powstała sztuczka, za którą dostałem pieniądze. Tak się składa czasem, nie czuję się rozgrzeszony moralnie, ale nic więcej nie mogłem zrobić. Drugi pokój traktuje o problemach mieszkaniowych, które pan doskonale zna.

Odpowiedź ta dobrze koresponduje z kwestią "obywatelskości". Herbert nigdy nie wyrzekł się chęci zmieniania rzeczywistości. W pewnym okresie jednak było to zupełnie jałowe zajęcie.

Nie do każdego jednak ta argumentacja docierała. Oramus przytoczył w wywiadzie słowa Stefana Melkowskiego, który powiedział: "Pan Cogito uważa, że są granice angażowania się w Historię, chce koniecznie być na zewnątrz, nie uczestniczyć wraz z nami wszystkimi w trudzie ciągłego brudzenia i mycia rąk, on chce mieć jeszcze czyste ręce".

Herbert odpowiedział:

Uważam, że to głupie, co ten pan napisał. Przede wszystkim nie uciekam od żadnej historii. A to, że nie brudzę rąk, poczytuję sobie za zasługę.

I dalej:

Bardzo się męczę w swoim życiu, ale nie widzę powodów brudzenia sobie rąk, które ma być symbolem zaangażowania w historię. W sztuce Sartre'a "Uwięzieni w Altonie" pewien hitlerowiec wykrzykuje, że niósł na swoich barkach historię. Ale ja nie chcę takiej historii nieść. I to jest świadomy wybór, a nie żaden unik. Ludzi, którzy uczynili ten wybór, spotykają za to różne, powiedzmy delikatnie, przykrości. Nie jest to postawa pasywna, czekanie na lepsze czasy, lecz aktywna, wymagająca ofiar, hartu.

Wywiad, który przytaczam został przeprowadzony w kwietniu 1981 roku. Okres ten jest swoistym preludium tego, co stało się później. Mam tu na myśli postawę Herberta w III RP i jej krytykę przez ówczesne elity. Sugerowano wówczas, że Herbert się zmienił i że jest chory na umyśle. Stąd też wywiad przeprowadzony przez Marka Oramusa jest bardzo cenny. Pokazuje bowiem, że nie było żadnej zmiany. W latach 90-tych poeta mówił to samo, co wcześniej. Poniżej fragment, który dotyka właśnie tematu zmian...

O: Nie cieszą pana zmiany, jakim ulega świat i życie, odczuwa pan z tego powodu wyłącznie dolegliwości. Może nie trzeba tak kurczowo trzymać się starych zasad, tylko zmieniać razem ze światem?

H: Człowiek, który w ciągu życia zbyt często się zmienia, nie budzi mojej wielkiej sympatii. Zwłaszcza że te zmiany były często programowane z góry. Można mieć wiele talentów, ale trzeba starać się o ciągłość, konsekwencję w tym, co się robi Pisząc, malując, komponując, konstruujemy własną osobowość.

O: Czy pan to rozciąga na życie również?

H: W życiu człowiek pozwala sobie na różne niekonsekwencje, to nie jest haniebne. Natomiast w podstawowych sprawach, jak przekonania, zasady moralne - nie powinniśmy pozwalać sobie na kompromisy. Każdy z nas jest częścią wszechświata i należy dołożyć starań, aby stać się sensowną częścią całości. To wcale nie jest łatwe. Wciąż zadaję sobie pytanie, jaką jestem częścią społeczeństwa polskiego - sensowną, przypadkową czy zgoła zupełnie niepotrzebną.

O: I jak wypada odpowiedź?

H: Że to ja sam muszę nadać sens swemu życiu, będę usiłował nadawać sens swojemu życiu, postaram się udowodnić, że jestem sensowną częścią całości. W jednej powieści Chestertona rozważa się problem istnienia Boga i jeden głos sceptyczny mówi: może istnieje Bóg, ale ty jesteś zabawką w jego chińskim ogrodzie, on się tobą bawi, naśmiewa się z twoich sukcesów, porażek, dążeń, z twoich celów - dla niego to jest czysta gra. Drugi powiada: może tak jest, ale ja przez swoje cierpienie, właśnie przez cierpienie nadałem sens, mój sens, tej zabawie. Utwierdziłem się w tym świecie jako jego sensowna część.

Może świat rzeczywiście nie ma wielkiego znaczenia, wiadomo, że życie nie będzie wiecznie trwało, wszystko się skończy - Iliada, katedry, Picasso. Lecz potrafię cierpieć, walczyć o lepszy ład moralny; za pomocą rzeczy śmiesznej - pisania wierszy - staram się bronić spraw w moim przekonaniu ważnych. Istnieje przecież jeszcze możliwość układania i odczytywania słów - w tym jest odrobina nadziei. Sens cierpienia, sens ścierania się z rzeczywistością - to cała sprawa. Wiem, że nie potrafię zbawić mego narodu czy choćby współlokatorów tej samej kamienicy - ale muszę postępować tak, jakby to było możliwe. Muszę się starać. Nie ma takiej władzy ziemskiej, która byłaby w stanie ten sens mi odebrać. Uczynić poczucie sensu postawą ogólną to chyba największe zadanie.

W 1981 roku ukazał się jeszcze jeden wywiad z Herbertem. Przeprowadził go Adam Michnik (Krytyka - nr 8/1981). Przed jego lekturą spodziewałem się jakiegoś ogromnego ładunku wybuchowego. Nie znalazłem w nim jednak nic, co by mnie zdziwiło lub co można by odnieść do późniejszych polemik. Kilka ciekawych cytatów jednak jest. Wklejam je poniżej.

Ja jestem przeciwko pragmatycznej zasadzie, że trzeba tylko wykonywać jakieś zadania celowe, dążyć do celów osiągalnych, że natomiast nieosiągalne cele są poza dyskusją, to znaczy są bezsensowne. Wydaje mi się, że podejmuje się walkę nie dla wygranej, bo to by było zbyt łatwe, i nie tylko dla samej walki, ale w obronie wartości, dla których warto żyć i za które można umrzeć. Bardzo by mi trudno było przedstawić tu ich tabelę. Każdy z nas ma takie swoje granice w tak zwanych sytuacjach dramatycznych czy tragicznych. Dzisiaj zanika poczucie tragizmu w rzeczywistości społecznej. Hamlet, który podjął się walki ze światem, był tragiczny, natomiast obalony sekretarz nie jest postacią tragiczną.

Następnie Herbert mówi o swoich dwóch katastrofach. Pierwsza to klęska wrześniowa 1939 roku. Druga to pogrzebanie nadziei na odrodzenie niepodległej Polski. I dalej mówi:

Mając te dwie klęski żywo w pamięci, w świadomości, w odczuwaniu, przeżywałem to, co się ostatnio stało i co tak zadziwiło korespondentów: strajk, który nie był strajkiem organizmów dających się przypisać do gatunku jamochłonów. Nie chodziło o więcej pożywienia, tylko o jakiś bardzo zasadniczy splot różnych polskich spraw: religijności, patriotyzmu, poczucia sprawiedliwości, nienawiści do kłamstwa, do przemocy. Jak wiadomo, z żądaniem tak zwanym bytowym można się załatwić, natomiast z takim splotem nikt sobie nie może poradzić, nawet bardzo wyrafinowany tyran. Ta manifestacja przywróciła mi wiarę, że są jakieś siły regenerujące ten naród.

Dalej czytamy:

Jeżeli pisarze polscy, ze mną włącznie, z ich wszystkimi niedomogami i moimi własnymi niedomogami, zaczną mówić o odwiecznych, starych prawdach ludzkiego serca, które są przefiltrowane, oczywiście, przez nasze doświadczenia... Jeżeli nawet ktoś opisuje Akropol, jak mi się czasem zdarzało... Jeżeli tak, to patrzy się na to oczami człowieka z Polski i człowieka, który żyje w tym konkretnym momencie historycznym, i to kieruje piórem, chociaż nie jest to tak zwane zamówienie społeczne. Bardzo wielu naszych kolegów, naszych przyjaciół było członkami partii, brało udział w kampanii wykopków, w tępieniu różnych szkodników społecznych i przyrodniczych, no i wycofali się z tego, no i bardzo pięknie.

Ja nie bardzo jestem zwolennikiem literatury rozrachunkowej. Spowiedź powszechna literatury nie jest rzeczą dobrą. Trzeba chwycić się właśnie tych starych pewników ludzkiego serca. Mówić o sytuacji w Polsce i mówić o niej w sposób uniwersalny, to znaczy, żeby to trafiało do wszystkich. Jest to bardzo trudne.

Herbert porusza też kwestię podziałów politycznych:

Mnie się zdaje, że właśnie nastąpił ten sztuczny podział. W każdym kraju jest dwadzieścia partii, a liczą się tylko dwie czy trzy. Jedna partia jest określana jako lewicowa, a druga jako konserwatywna. Natomiast to w polityce do niczego nie zobowiązuje i to nic nie znaczy. Te słowa zostały wytarte i napełnione nową treścią. Tak samo jak zjawiska w sztuce, w literaturze i w myśli politycznej jakoś skarlały. W porównaniu z tym, co było w pierwszej połowię XX wieku, to, co było w drugiej połowie - jeżeli porównuje się produkcję intelektualistów - to jest trochę mało. Miałem rozmowy i z Bollem, i z Grassem, i z Frischem, i z tymi, z którymi jestem trochę zaprzyjaźniony, ale muszę powiedzieć, że to były dość ciężkie rozmowy, ponieważ widziałem coś schizofrenicznego. Ja naprawdę nie jestem za handlem niewolnikami, nie jestem za tym, żeby w Chile ludzi katowano. Natomiast milczenie na temat Czechosłowacji jest dla mnie obraźliwe. Zwłaszcza milczenie człowieka, który mianuje się socjalistą, humanistą. Przez to trzeba przebrnąć, przez te wszystkie tabu.

Ciekawy jest również fragment:

Dlatego wydaje mi się, że tak zwana Europa Środkowa (jak ja ją nazywam, a zaliczam do niej Polskę, kraje bałtyckie, Czechosłowację, Węgry, Jugosławię, Bułgarię) może przez wspólny los, losy wojen, chociaż były one nie bardzo podobne, ale przez wspólne doświadczenie, przez wiedzę, co jest, a co nie jest realnym socjalizmem - może ta nasza Europa stanowi coś, od czego można zacząć budować. Może ze zburzenia można coś zrobić, tak jak Niemcy zrobili lepszy przemysł niż angielski. Przegrali wojnę, a wygrali pokój.

Ciekawy o tyle, że Herbert podróżowałem głównie po Zachodzie. Nie podróżował wiele po Europie Środkowej. Z drugiej jednak strony miał pewno styczność ze środkowo-europejskimi emigrantami i czuł zapewne, że w wielu tematach dogaduje się z nimi lepiej niż z Francuzami, Anglikami, Niemcami.

A propos podróży... W pewnym momencie pada pytanie: "A jak czujesz się w polskiej literaturze? Czy są ci bliscy romantycy, Norwid, Wyspiański?" Herbert odpowiada:

Norwid, Słowacki, Kochanowski z całą pewnością. Ja się wychowałem na tej literaturze, jest to jedyny język, którym jako tako władam. Znam jeszcze przelotnie pięć innych języków, czasem jestem z nimi zżyty, czasem mi sprawia przyjemność porozumiewanie się w innych językach. Ale mówiąc zupełnie banalnie, moje przyjeżdżanie na krótko, odjeżdżanie na długo ma swój racjonalny sens: jest tam, za granicą, więcej bibliotek, więcej muzeów i ja staram się uzupełnić swoje studia. Nie straciłem nigdy natury wędrownika, a wędruje się do źródeł. Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd, z prądem płyną śmiecie. I czy się dopłynie, czy nie dopłynie, kształci to, wyrabia mięśnie.

Jest to chyba jeden z częściej przytaczanych cytatów Herberta. Choć zwykle obdarty jest ze "źródła". Przynajmniej tak go zapamiętałem: "Płynie się pod prąd, z prądem płyną śmiecie". Cóż, bez wzmianki o źródle pole do nadinterpretacji jest już o wiele większe.


Poprzednie tropy:

[1]: Listy do Muzy
[2]: Listy do Muzy
[3]: Pułkownik Kaliban
[4]: Wojna
[5]: Wojna
[6]: Komunizm
[7]: Francja po raz pierwszy
[8]: Anglia po raz pierwszy
[9]: Herbert o podróżach

H2
H3
H4
3 columns
2 columns
1 column
2 Comments