SPM #30: Mindy Meng Wang - Phoenix Rising

Po sukcesie Nervous Energy, młoda, chińsko-australijska improwizatorka i twórczyni jazzu improwizowanego postanowiła stworzyć nowy nurt ukazania orientalnej kultury muzyki i matematyki w jednym. Mindy - bo o niej mowa w poniższej recenzji - od 7. roku życia uczyła się gry na Guzheng - chińskiej, szarpanej harfie mającej w tradycji tamtejszego kraju nad Jangcy sięgającej epoki Shang i Zhou - czyli tak na oko wczesnego neolitu. Po raz pierwszy pojawiła się na estradzie w 1999 roku, kiedy odbył się koncert upamiętniający ofiary nagłych powodzi, jakie nawiedziły Chiny, studiowała od 2006 r. muzykologię na Uniwersytecie w Newcastle nad Tyrnem, zwiedziła wiele sal koncertowych i festiwali w Wlk. Brytanii, Irlandii, Portugalii, Hiszpanii, Belgii, Francji oraz w Australii. W roku 2016 r. towarzyszyła formacji Regurgitator na otwarciu wystawy obrazów Ai Weiwei oraz Andy'ego Warhola, uczestniczyła jako przedstawicielka w Australii na imprezie przygotowanej przez tamtejszy konsulat Chin w Adelaidzie. Jednak to tylko urywek jej biografii, pełny możecie znaleźć tutaj.

Idąc do celu, tak jak twórczość samej Mindy nie jest łatwa do przetrawienia bez poznania tego ogółu mentalnego tradycji i kultury wschodniej, tak samo bez poznania detali nie jest łatwo wsłuchać się w te dźwięki albumu, który jest pełny tych "romansów" folkowej muzyki z wolną improwizacją i jazzem, ale też z eklektycznym rockiem i progresywną muzyką trance. Mnóstwo starringów i niewybaczalnie sporych koncentracji rytmiczno-dynamicznych, dla samego przesłuchania z zewnątrz dosyć nie zauważalnych od razu.

Jednak dochodząc do przesłuchania całości towarzyszących jej (Mindy) artystów są to muzycy sesyjni tacy jak Paul Grabowsky, Claire Edwardes, Brian Ritchie, Fia Fiell
oraz inni.

Nightstorm to czystej wody monada, opisująca siły wiatru smagającego morzem podczas nocnej burzy, jako żywiołu składającego się ze swojego wydmuchu, powiewu i fali unoszącej się wody. Dosyć dziko rozrywające szaty brzmienie, traumatyczne ciągnięcie się staccato pianistycznego Paula, oraz myślowe sentencje przelatujące pomiędzy nutami doriańskiej partytury.

Mother River spełnia rolę takiego wędrującego po wszelkich dopływach Jedwabnego Szlaku przewodnika, w perkusji słychać duże nawiązania do dzieł elektroakustycznych Stockhausena, Nordheim, oraz tradycyjnych pieśni o życiu w wioskach rybackich. Spore wzrastanie czyneli i opadanie w tempie nie przekraczającym 0.35 sek. jest trochę takim żródłem tchnącego spokoju dla harmonii, jaką daje przyjaźń (albo takie platoniczne zauroczenie?) człowieka z morzem.

Szczyty górskie Jiuhua dobrze ukazuje utwór Frosty Mountain, dodatek fletu oraz spora specyfika aeoliańskiego chordu od tego meta-doriańskiego jest ukazana tu bardzo wiernie. Zimą, kiedy wchodzi się na wierzchołek góry strasznie wieje szronem i siarczystym podmuchem wiatru, takim, aż sam potwór lodowy z tych obrzeży góry by się tam dobrze zakonserwował. A przynajmniej, tak mi się wydaje. Charakterny obraz narastającej zamieci, oraz lawin górskich dziejących się w okolicach Jiuhua.

Ferrofluid to kompozycja monumentalnie skomponowana jakby soundtrack do danego z filmów Kurosawy, ale też swojsko oddana atmosfera samej niepewności i traumy, sprawionej rodzinie, kiedy dana córka / syn oddala się od swojego stada poszukując gdzieś innego schronienia, w innej przestrzeni, a jeszcze bardziej w innym klimacie. Bóle żałującej matki za stratą syna podczas wojen, w których bierze udział, córki, bo poroniła, albo postanowiła się oddać pewnemu pensjonariuszowi, który ją katuje i bije. I dręczący (nieprzerwanie od czasów "Wielkiego Skoku") głód w ubogich prowincjach, takich jak Jiangxi, Zheijang, Guangdong czy Hunan. Katorżnicza, niewolnicza praca dla przemysłu od technologicznego, teksylnego, na zbrojnego - skończywszy i brak szansy na lepszą przyszłość.

Ten album skłania do refleksji na temat ostatnich dwóch tysiącach lat panowania wielkich dynastii, dozorców, twórców systemu rozwarstwionego bez dobrze prosperującej klasy średnio zamożnych ludzi, a za tym idących reform, ludobójstw, morderstw politycznych i intryg - jakie nawiedziły opóżniony do jeszcze drugiej połowy XVIII w. kraj. Do refleksji zwłaszcza nad obecnymi prześladowaniami Ujgurów i innych mniejszości, oraz nad tradycją rodzimej kultury narodu Chińskiego jako odrębnych grup etnicznych, jednostek, które żyją. Ale nie zawsze daje im się na to kwitek uprawniający wydanie zezwolenia na takie życie. To muzyka trudna do zrozumienia, ale niezbędna dla każdego fana elektroakustyki i impresji darkambientowo-dronowo-jazzowych pozycja, którą każdy powinien mieć na swojej półce.

Ocena: (9/10,5)

H2
H3
H4
3 columns
2 columns
1 column
Join the conversation now